- Był pan u mnie przeszło
„— Był pan u mnie przeszło dwadzieścia pięć minut — rzekł naraz.
— Jeszcze jedno, panie doktorze — powiedział Wachicki już wstając. — Czy nie przypuszcza pan, cha! jak by to powiedzieć, że u podłoża choroby matki, a zwłaszcza w jej strachu... bo przecie matce wydawało się, że jej coś groziło...
—Tak.
— Że u podłoża tych jej obaw o swe życie znajdowało się coś... powiedzmy, jakieś realia
— Wiem, wiem, co pan myśli — zawołał psychiatra. — To trochę zabawne, że swoi ludzie boją się swoich ludzi! Sprawiłoby mi to szczere polityczne zadowolenie... kchm, gdybym mógł odpowiedzieć twierdząco. Ale, niestety, z całą stanowczością muszę taką supozycję odrzucić. Z punktu widzenia medycznego wypadek był zupełnie jasny... Pan będzie łaskaw tędy... — i wskazał drzwi do saloniku, bo Leon przez omyłkę skierował się, w inną stronę.
—Cha! — zawołał. — Przepraszam! — i wyszedł.
W saloniku czekała już tęga dama w słomkowym kapeluszu z liliowymi wstęgami i z drżącym liliowym i jakby gołym pieskiem na kolanach. Przy czym trudno było zgadnąć, które z dwojga jest bardziej nerwowe — dama czy piesek. Leon włożył monetę do wymanikiurowanej dłoni pokojówki, strzelającej oczami, a potem zbiegł po schodach z drugiego piętra na ulicę Wspólną. Wciąż na jezdni stukały kilofy i na rogu czerwieniły się chorągiewki wskazując, że na tym odcinku ruch był wstrzymany. Idąc potem Marszałkowską Leon parokrotnie chciał był spojrzeć za ramię, lecz przypomniał sobie obawy matki, jej lękowe, chorobliwe stany, i od tego się powstrzymał. Unikał też patrzenia w wystawowe szyby.“(3)